wtorek, 2 października 2012

51.M.J.Scott - Chania czyli dlaczego nie lubię portów

M.J.Scott - Chania wejście do portu

Nie lubię portów z wielu powodów. Nie można skoczyć do wody bo jest brudna. Najczęściej jest brudna. Jest duszno, gorąco, głośno i ciekawscy gapie zaglądają do domu przez drzwi i okna, więc nie wypada niechlujnie się ubierać, albo co gorsza niekompletnie. 
Do portu w Chani przyszliśmy około 14.00, żar się z nieba leje niemożebny, a z człowieka pot. W zasięgu wzroku takie niebieskie skrzyneczki z prądem stojące na kei. Klimatyzacja w wyobraźni pracuje pełną parą schładzając przyjemnie skwarne, oblepiające powietrze. Niestety tylko w wyobraźni, bo te skrzyneczki to w każdym porcie mają inne końcóweczki, zanim się więc odpowiednie dopasuje, człowiek już omdlewa, a potem i tak się okazuje że na klimę za mało tego prądu.

Chania - poprzednia stolica Krety
Keja publiczna w Chani położona jest przy głównej ulicy z mnóstwem restauracji, barów, kawiarni i dyskotek. Właściwie nic innego tu nie ma. Wielkie żarcie. Jeżdżą po niej również samochody; głównie te duże, dostawcze i śmieciary, które rozpoczynają swoją działalność wkrótce po zamknięciu knajp czyli o piątej rano. Między czwartą a piątą, gdy już wydawało się, że nareszcie zasnę w mesie bo zrobiła się względna cisza, wojskowy patrol zaświecił mi w oczy latarkami! Chłopcy robili objazd i widocznie zaniepokoił ich widok otwartych drzwi na naszym statku, postanowili więc sprawdzić co się dzieje. Pilnują, chwała im za to. No, ale teraz to już pośpię, myślę sobie. Głupia! Śmieciara, czyściciele miasta, samochody dostawcze, motory, sąsiad włączył maszynę do zrywania lakieru na swoim statku, potem to już knajpy na śniadanie, itd. No powiedzcie, czy niewyspany człowiek może pokochać port?

Surowe jeżowce
Ale są też "plusy dodatnie". Po raz pierwszy zjedliśmy Axinios, czyli surowe jeżowce pokropione oliwą i cytryną. Początkowo podchodziliśmy nieufnie, rzec by można "jak do jeża", ale skoro to najlepszy afrodyzjak na świecie, jak zapewniają Grecy, więc.....Tylko raz jedliśmy jeżowce, ale zapiekane w swoich skorupkach, a było to w Galicji, ten wyborny smak wspominamy z rozkoszą do dzisiaj i właśnie to wspomnienie skłoniło nas do powzięcia tej odważnej próby. No cóż - rewelacja. Delikatne, rozpadające się w ustach mięsko, odrobinę przypominające smakiem ostrygi, ale nie konsystencją. Pyszności, miód, malina! Ponoć Kreteński przysmak, będziemy więc mogli jeszcze nie raz go pokosztować.

Rakija i winogrona do rachunku


Niestety nie mamy nic do powiedzenia w kwestii libido, gdyż do rachunku podają tu zmrożoną rakiję z winogronkami. A była ona tak pyszna, ludzie morza spragnieni, a po tej ilości żaden afrodyzjak nie da rady.
Na wielkim, barwnym targu kupiliśmy dojrzałe figi. Miękkie, pękające, słodkie, gotowe do spożycia. To w nagrodę za portowe trudy.







Gramvousa
Przed Chanią zmęczyłam się włażąc na szczyt wieeeelkiej góry. 137 m n.p.m., a wiecie, że piechór ze mnie żaden. Góra ta to Gramvousa, na której szczycie można oglądać ruiny twierdzy Wenecjan, jeden z ostatnich przyczółków ich obrony w inwazji tureckiej.
Ruiny twierdzy
Codziennie przypływa tutaj wielki wycieczkowy statek i wysypuje ze swego wnętrza około pięciuset turystów, którzy grzecznie, gęsiego maszerują na górę tworząc barwny sznur koralików oplatający wzgórze. Pomyślałam:  "może warto?". 

 Ruiny okazałe, a widok jaki się z góry roztacza imponujący. Warto. U podnóża natomiast stoi dom, a raczej chata, a w niej kilka dość młodych osób. Siedzą, palą, oglądają ludzi, uśmiechną się czasem, a wokół rozgardiasz. Nic nie robią. 
 Po co tam są? 

Myślimy sobie, że może dostali z UE jakiś grant na pilnowanie endemitów, które są pod ochroną, albo pilnują żeby ruin nie rozkradli, a może wyglądają Turków? 
Kto to wie? 



M.J.Scott

C.d.n.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz